Było nie minęło

OJ. Dawno mnie tu nie było. A się wiele wydarzyło. Nie tylko w sprawie mojej sąsiadki. A sprawa z moją sąsiadka otarła się o policję, sąd i mediatora…. Pani dzielnicowa przyszła do nas z nastawieniem dość bojowym, acz skrzętnie ukrytym i z chęcią ogarnięcia sytuacji z obydwu spornych stron. Wyszła z nastawieniem „współczuję wam”. Sprawa w sądzie toczyła się około roku…. sąd wyraził wielkie zdziwienie, że jak to Pani chce żeby sąd zasądził dla Pani wyłączne prawo do garażu, tarasu itp. … przecież garaż to część wspólna, a taras ma Pani swój na górze. I skierował nas na mediacje. Poczułam po tych mediacjach ulgę. I długo był spokój. Niestety są oznaki, że spokój się skończył. W styczniu tego roku zaczęło się tak jak ostatnio. Przestała znów mówić „dzień dobry”. Aż uwierzyć się nie da, że zwykłe grzecznościowe powitanie przez gardło jej przejść nie może. Nie znam powodu dla którego znów się zaczyna zachowywać jakoś paranoicznie, bo w sumie przez okres zimowy nie widywałyśmy się zbyt często.
Nowy listonosz moją pocztę i awiza włożył do jej skrzynki. Gdyby nie to, że czekałam na przesyłkę awizowaną i skontaktowałam się z sprzedawcą czy on mi to wysłał? Bo nie miałam nawet awiza pomimo, że minęło już 8 dni roboczych, to nawet bym się nie dowiedziała, że taka sytuacja miała miejsce. Czy ona jest tak głupia, że myśli, że to się nie wyda? Nas całymi dniami nie ma w domu, bo oboje pracujemy. Nawet nie wiedziałam, że listonosz się zmienił. Tak się zastanawiam co ona czuje, że ma naszą pocztę i nasze awiza i nie chce nam ich oddać? Jakąś satysfakcję czuje? A może coś w rodzaju namiastki poczucia władzy? Sytuacja zdaje się być rozwojowa…
Ale nie tylko sprawa sąsiadki zaprzątała moją głowę przez ostatni rok. Jest jeszcze sprawa, która bardzo leży mi na sercu i z którą trudno jest mi się dzielić, pomimo, że od wydarzeń minął już nieco ponad rok. Ma ona związek z pobytem mojego wujka w szpitalu w Augustowie na OIOMie i podejściem do krewnych Pani ordynator…. ale o tym następnym razem.

c.d.n.

Ciąg dalszy nieprzyjemnych akcji z moją sąsiadką….. dzięki niej dowiedziałam się że – cytuję- „Twój tato z pierwszą panienką ma córkę, ona nie dziedziczyła i będziesz się musiała podzielić”. Powiedziała to z taką wzgardą, że osłupiałam. Przecież dzielenie się nie jest karą. Pomijając fakt, że nie mam przyrodniej siostry. Dowiedziałam się też, że mój taras to jej taras, a akt notarialy to jest nic! Oraz, że -cytuję- „wypierdolę z tarasu wasze rzeczy”. Prawie wprost oskarżyła mojego męża o śmierć jej męża, bo gdy on był chory to parę razy do nas przyszedł i napił się piwa. A to przez mojego męża. Przecież jej mąż był dorosłym, pełnoletnim człowiekiem i jak miał chęć się napić piwa to miał do tego pełne prawo.
Nie wiem czy jest sens przybiżać resztę ciekawostek, bo choć liczne nie są tak spektakularne jak te wyżej przytoczone.
Dostałam od przyjaciołki radę, by pójść do dzielnicowego i powiadomić go, że jest taka starsza, samotna Pani, która najwyraźniej ma problemy psychiczne.
Chyba tak zrobię….

Ale numer

Numer polega na tym, że wpisałam ostatnio notkę i dałam do obulikowania, a jej nie ma… hahahaha bo teraz jest zapisz szkic, a nie publikuj. Masakra jakaś.
Byle do przodu, a przed nami weekend!!!

*

Nie będę się rozpisywać… od dwóch dni mam doła :(

Pełnia

Moja koleżanka z pracy zawsze powtarza, że podczas pełni wszystkie świry stają się nadpobudliwe, tylko czemu ona musi przez nie się męczyć….
Po tym weekendzie mogę przyznać jej rację.
Dostałam smsa od mojej drogiej sąsiadki z góry, w którym straszy mnie i policją i Panem Bogiem. Teraz jak emocje opadły zaczynam się zastanawiać czy mam się śmiać, czy mam zacząć się bać….. Tylko tak sobie myślę, że jak policja przyjedzie to popatrzą się, pośmieją spiszą, że ja na własnej posesji robię porządek, albo, że pan serwisant od pieca wchodzi do naszej piwnicy aby piec przed zimą sprawdzić, i że przechodzi przez garaż, którego pół należy do mnie, a pół do pani sąsiadki, a pani z góry to się nie podoba, że obcy po garażu chodzą, a co na to Pan Bóg? To ja nie wiem, ale kiedyś się dowiem.

Szczerze mówiąc nie wiem jak z nią porozmawiać. Problem zaczęły się wiosną tego roku po śmierci jej męża. Już nie pamięta jak spędziliśmy z nią Wielkanoc, żeby nie była sama. Jak robiliśmy jej zakupy i pomagali w porządkach. Nie widzi, że dbamy o posesję, że kosimy jej trawę. Nie wiem co się stało w jej głowie, ale mam wrażenie, że zrobiła sobie z nas wrogów nr 1. Taki nowy cel w życiu. Przecież w życiu trzeba mieć jakiś cel. Tylko czy taki cel sprawi, że jej życie będzie wartościowe i szczęśliwe? Wydaje mi się,  że nie. Uważam, że jeszcze nie raz da nam popalić aby sprawić nam przykrość, a sobie coś udowodnić. Tylko co? Po co to wszystko? Może w swoim życiu ma za mało problemów? Czy co? Nie wiem. Poczekam do następnej pełni ….

 

 

czasem się zastanawiam

Czasem się zastanawiam nad tym czy mi czegoś brak? Jak ja żyję? Czy za kilka, kilkadziesiąt lat będę mogła powiedzieć: tak, żyłam! Czy też raczej stwierdzę, że życie minęło, jakbym w ogóle nie żyła? Jak miałam naście lat zdawało mi sie, że żyję. Ale gdy koleje losu sprawiły, że poznałam mężczyznę mojego życia, zdawało mi sie, że dopiero wtedy zaczęłam żyć. A gdy wyszłam za mąż i zaszłam w ciążę, zdawało mi się, że wreszcie moje życie nabiera barw. Stało sie bogatrze w radości, smutki, obawy i energię. A gdy pojwiła się moja córka, najukochańsza i wymarzona zdawało mi się, że dopiero teraz moje życie nabrało sensu, że dopiero teraz tak naprawdę żyję, bo mam dla kogo żyć! A teraz niedawno po raz drugi zostałam matką. Pojawiło się kolejne dzieciątko. Kolejna córcia. Wcześniej myślałam, że moje serce nie pomieści już więcej miłości, że już nie można kochać bardziej i więcej…. jakże się myliłam! Teraz tylko ona wypełnia mnie i promienieje wokół. Tylko dzięki niej żyję, jestem. Mam rodzinę i nasza miłość napędza moje życie w tak szalonym tempie, że nie mam czasu na myślenie. Za to przetwarzam wszystko na działanie. Nad czym tu myśleć skoro trzeba działać? Tyle jest do zrobienia. Gdyby nie ta miłość nie byłabym w stanie tyle zrobić i to nie dla siebie, a dla mojej rodziny. Dla nas! 

Dziś tak jakoś mnie naszło to pytanie: czy mi czegoś brak? Nie umiem sobie na to pytanie odpowiedzieć, bo po prostu nie wiem. Po prostu działam. 

Zastanawiam się nad tym czy by znów nie zacząć pisać? Moja świętej pamięci mama wszystko gdzieś mi pochowała i wyrzuciła. Nie mam nic z tego co pisałam kiedyś i chyba zapominam o tym jaka dawniej byłam… 

Chyba znów zacznę pisać i chyba znów do szuflady …

*

Nie jestem dobrym kronikarzem, a właściwie kronikarką(?).
To chyba symptom czasów, a może wieku… oczywiście mojego.
Starzeję się. Czuję to.
Przeciętny rozkład mojego dnia jest dzień w dzień taki sam. Jedyne co chciałabym zmienić to więcej czasu na lekturę, więcej czasu na sen i więcej kasy na życie. Reszty zmieniać nie chcę.
Od pół roku nie mamy w domu internetu i jakoś mi tego nie brakuje. Szlag też trafił antenę satelitarną we wrześniu…. też mi nie brakuje… Ja chyba naprawdę się starzeję.
I tyle.

Angina???

Angina???? Tak dziś zareagowałam gdy pan doktor powiedział, że mam anginę…. A ja mu mówiłam, że tak mi niezręcznie do niego przychodzić, bo ja tylko z bólem gardła. Coby nie myślał, że ja histeryczka czy hipochodryczka jestem. Żadnej gorączki, żadnego kataru, tylko bolące od 4 dni gardło i duszący, niezbyt silny kaszel. Nie pomogły mi żadne cuda, wianki na patyku na gradło typu sebidin, septolete, neo-angin nic, a nic, to poszłam do lekarza. No i jeszcze wczoraj wieczorem wyczułam na szyi po lewej stronie gulkę. Myślałam, że może zapalenie gardła mi sie zaczyna, ale angina? Aż mam ochotę się zapytać: a co to takiego? Angina? Nie czuję się tak źle jak np.: przy przeziębieniu. A tu proszę. Poważna choroba do leczenia antybiotykiem i zakaz wychodzenia z domu bez potrzeby. Ile w ogóle trwa angina??? Mam nadzieję, że nie dłużej jak tydzień. :(

*

Koniec zeszłego roku i początek Nowego, skończyło się i zaczęło chorobami w rodzinie. Mniej i bardziej poważnymi. na dziwne infekcjie typu grypopodobnego ozaległa moja córa i teściowa. Przez co większość przygotowań przedświątecznych padło na mnie (małżonek dzielnie zajmował się naszym bąblem). Przed Nowym Rokiem choroba dopadła moją mamę…. tym razem poważniejsza …. jedna z najgorszych chorób jaka może dopaść człowieka bez względu na wiek….. zaczęło się tak, że moja mama zadzwoniła do mnie, że „wczoraj tak źle się czułam, że nie mogłam pojechać do miast i wróciłam do domu”. Podobno miała zawroty głowy, duszności i bóle w klatce piersiowej. Oczywiście tego samego dnia wieczorem zawiozłam ją do lekarza. Lekarz dał skierowanie do szpitala na wewnętrzny. Po 3 dniach mama twierdziła, że lekarz nic jej nie mówił co jej jest. Umówiłam się więc z koleżanką, że popilnuje mi córki, a ja skoczę w środku dnia do szpitala. (Informacji o stanie pacjenta udzielane są w godz. 9-14:30, a mąż do 17 pracuje.) No i to co powiedział mi lekarz bardzo mnie zaskoczyło – DEPRESJA. Po zaskoczeniu przyszedł szok, po szoku przyszło poczucie winy. Że to moja wina, bo wyszłam za mąż, założyłam swoją rodzinę i wyprowadziłam się zostawiając ją samą. Teraz pomału próbuję sobie tłumaczyć, że to nie jest tak. Przecież mam prawo do swego życia, nie mieszkam daleko od mamy, bo tylko 2,5 km. Ale pomimo, że prawie codzinnie się widzimy nie zauważyłam, że dzieje się z nią coś złego…. gryzie mnie to okropnie.

ostatnimi czasy…

To jak ostatnio wygląda moje życie można ująć w kilku prostych i w pewnym sensie zapętlonych słowach: kupki,cycki,kaszki, zupki, pampersy, znów kupki, ząbki, siuski i znów kupki, zupki, pampersy…. ostatnio atrakcją jest zabawa w „kosi, kosi łapki”. Bardzo twórcze i rozwijające zajęcie! Kolejną atrakcją jest kąpiel w dużej wannie, w małej już ciężko było, a najlepszy to jest prysznic, szczególnie to długie, wąskie i błyszczące coś! Teraz trenujemy „gdzie mama/miś ma nosek?” i pomimo, że teoretycznie miejsce jest to samo to jakoś u mamy lepjej widać i można przy okazji włożyć mamie do dziurki pół palca, u misia nie ma takich atrakcji. A jak już dzidzi moje najukochańsze jest na dywanie to najlepsze są …. odstająca i zdeczko poszarpana tapeta przy balkonowym oknie, kapcie mamy i nie wiedzieć czemu taty klapki są po prostu hitem (chyba je wyparzę, żeby mieć 10 minut spokoju), kabelek pod dywanem co idzie od ściany do TV, frędzle od dywanu, bo najbardziej zakurzone, kaloryfer żeberkowy, bo też nieźle brudny i ciężko tą chropawą powierzchnię umyć, kolejny kabel od ładowarki do telefonu (najsamczniejsza część to ta, którą się wkłada do telefonu), nogi od stołu (fjnie się je podgryza) i …. gazety, gazety, gazety, reklamówki, reklamówki i reklamówki! To wszystko i wiele więcej całymi dniami umielbia podgryzać, obśliniać, jeść, dotykać badawczo jednym paluszkiem, ściskać i dusić, próbować oderwać (co udało się szkrabowi z tą nieszczęsną tapetą, na szczęście wyjęłam jej to z buzi w ostatniej chwili). Jednym słowem rośnie mi w domu mały niszczyciel wszystkiego czego tylko się da! A jak pomyślę, że tak właściwie jest to dopiero początek….. to nie będę kończyć tego zdania, bo nie będę w stanie ;-)
Pozdrawliaju wszystki młode mamy :-)